W Polsce, w Seattle, w
centrum
4. 02. 2008Robiłem dziś
rundę wokół Green
Lake tu w Seattle, 2,8 mili, i
przez chyba ćwierć kółka myślałem o
pszczołach i ich związku z naszą
rodziną. Nie złapałem co mnie
zastartowało. Ale głównie
zastanawiałem się jak dostosować
prozę literacką do nowoczesnego medium
internetowego. Może wyjdzie z tego nowy
paradygmat - to poważne słowo, z
paradygmatem żartów nie ma -
myślałem, coś jak z konstrukcją
nowoczesnego fortepianu. Szopen, tak?
Stephen
King, od ciarkowców, w 2000 r. odkrył
Sieć i postanowił przejść do
historii. Kolejnego ciarkowca (nr chyba
82, choć nie liczyłem) miał prawie
ugniecionego, więc dzwoni do
Bezosa z Amazon.com, Jeff, hi, Stephen
here, how goes, great, listen, puśćmy w
internecie mój kawałek w odcinkach, co,
przejdziemy do historii, co? Puścili,
setki tysięcy wejść, i co? Nic. King
nawet nie skończył fabułki
elektronicznie publikować. Żarło na
początku dobrze, ale coraz mniej
czytelnicy woluntarnie płacili, tylko
podczytywali, a potem i to zeszło, bo tu
ciarki z epoki ogarka i świeczki, a tam
cały internet i w minutę tysiąc
żywszych bajerów można wyklikać.
Najpoczytniejszy autor globu poszedł na
deski w konfrontacji z klikarnią w
pierwszym zwarciu; brzmi prawie jak jedna
z jego historii. King potem sprzedał
opus w normalnej książce z drzew. I
dziś operuje jak każdy inny internetowy
szeregowy, ma swój portalik, informuje o
produkcie i Amazon.com i inne stragany mu
to opędzlowują.
W Polsce
jest teraz ten portal dziennikarski Salon24.pl. Trzeba
powiedzieć, dziennikarstwo poszło w
internecie dużo bardziej do przodu, niż
literatura. Ciekawa sprawa: średnioduży
kraj, Polska, i podinspirowała się u
gigantycznej Ameryki montując S24, sami
mówią, ale potem zrobili memetyczny
krok naprzód. Oni mają tam takie
specyficzne tarcie na Stronie Głównej
(odtąd SG, choć nie wiem czy do tego
wrócę) jako rezultat konfrontacji
notkarzy zawodowych, tj. dziennikarzy z
dużych tytułów prasowych, programów
telewizyjnych, radia, itd., tzw.
"czerwonych" - z
"niebieskimi", czyli piechotą
intelektualną kraju. Takiego
osiągnięcia w Ameryce nie ma i być nie
może, włącznie z portalem Arianny, u której
bloguje się zresztą za zaproszeniami; a
być nie może, gdyż Ameryka jest za
duża na takie skupienie się, i, co
równie istotne, za bardzo już
poszatkowana etnicznie
("kulturowo") w stosunku do
niedawnej przeszłości, kiedy jej
gigantyczny anglo-protestancki stos
pacierzowy wytrzymywał prawie jej każdy
wygłup. Dziś, żeby w Ameryce portal
prezentujący wachlarz gwiazd
dziennikarstwa, aktorów, senatorów,
profesorów, pisarzy, sportowców,
muzykantów, itd., a przy tym otwarty dla
blogerów amatorów, czy intelektualnych
profesjonalistów ale, jak byśmy po
polsku powiedzieli,
"niebieskich", żeby taki
portal mógł osiągnąć tamten stopień
anglo-protestanckiej kohezji, czy tej z
S24 - zapomnij.
Co to
jest mem teraz, bo o memetyce padło.
Sporo ludzi wie co to jest, a tym co nie
wiedzą - do których i ja się
częściowo zaliczam - spróbuję jakoś
wyjaśnić. Mem w języku fachowym to
"podstawowa
jednostka informacji kulturowej,
odpowiednik genu w ewolucji
genetycznej". Przekładając na
życiowe, kiedy ja pierwszy raz
zetknąłem się z tym pojęciem,
pierwsze co mi przyszło do głowy to
rozróbka antykomunistyczna w Polsce w
latach 1976-80. Tam wtedy było memów.
Siedzę na przykład wieczorem zaszyty we
wsi Ruszów w puszczy zgorzeleckiej,
najdalej od PRLu jak tylko było można w
warunkach bezpaszportowych, jest
początek roku 1977, cały dzień
ciągnąłem jakieś paskudnie drętwe
opowiadanie o kolejce do rzeźnika, a tu
słyszę w Wolnej Europie, że pojawił
się w Warszawie drugi obieg literacki z
nazwiskami pisarzy, których normalnie
mogłeś do tej pory kupić w
księgarniach czy zobaczyć w telewizji.
Piorunem we mnie mem wstapił. Otworzyła
się zamknięta do tamtej pory
przepustnica, nie w sensie żebym czegoś
bał się napisać - też mi! - ale teraz
to wiedziałem, że jak napiszę, to
uzyskać to może energię aktywacji,
dojść do ludzi w kulturze, i w ogóle
do człowieka myślącego - słowem być
tam gdzie, w granicach swojej wartości,
trzeba się znaleźć.
Rzuciłem
w kąt gniota o rzeźniku i zacząłem
przerabiać jeden kawałek sprzed roku.
Śmieszny przynajmniej, bo pisany pod
kolesiów, a nie bez adresata, i
odrzucony przez kilka pism i wydawnictw.
Niecały rok później ludzie czytali
już ten kawałek w drugim obiegu, w
Warszawie, i innych miejscach. W ten
sposób życie zeszło mi się z
większym życiem, i to jest
najważniejsza sztuka.
Odczuwam
czasem coś podobnego, kiedy czytuję
teraz S24. S24 ma coś z tamtego
budzącego Polskę memu drugiego obiegu,
ze szczególnym sub-memem tarcia między
blogerami "czerwonymi" i
"niebieskimi", którzy
współistnieją na SG notka obok notki
na równych blogerskich prawach. Rzecz
bardziej twórcza niż pomysł Greczynki,
który polegał głównie na tym, że
jako wzięta hostessa waszyngtońska
skolekcjonowała kilkanaście
setek znanych i mniej znanych
nazwisk. Tymczasem akcja w S24 jest
bardziej po amerykańsku klasyczna, gdyż
każdy może zostać tu milionerem,
każdy prezydentem: każdy może
znaleźć się na SG, każdy na jedynce.
I to się zdarza, dzień za dniem. Tak
więc spory polski numer zostaje tu
wycięty. W sytuacji kiedy tradycyjni
etniczni rywale Polski o dobra materialne
i terytorium, a w szczególnych okresach
wrogowie, Niemcy, Rosjanie i Żydzi
wyekspediowują w latach 1939-1989 masowo
najlepszych z polskich warstw
przywódczych - za co jeszcze cała
trójka oberwie, przyrzekam -
umożliwienie w S24 tak daleko
rozwiniętej szarży z
"niebieskiego" zaplecza kraju,
jakby w zastępstwie tamtych Wielkich
Nieobecnych i ich nigdy już nie
spłodzonego potomstwa, jest oryginalną
polską insurekcją memetyczną. Tak bym
powiedział.
Memem
jest przypadek S24 również w tym
sensie, że może się replikować.
Życzę S24 najlepiej, ale S24 to
konkretna materialna instytucja i za
pośrednictwem zręcznej transakcji
finansowej lub innego źródła wpływu
może zostać zmanipulowana lub
stłumiona, aż do kompletnego wyrwania
wtyczki. Natomiast pomysł, by
celebrities z polskiego marketu
dziennikarskiego ze szczyptą innych
rozpoznawalnych twarzy sparowali na SG i
w notkach z anonimowymi i nie anonimowymi
"niebieskimi" z zaplecza kraju,
żeby wszyscy oni na równych prawach
ścigali się w dochodzeniu do prawdy i
zręcznym tego podawaniu, taka formuła
jest jak system gry w brydża -
nie podlega korupcji, gdyż nie jest
konkretną strukturą fizyczną. Jest
pomysłem na grę, nie konkretną
drużyną. Nie ma możliwości tego memu
bezpowrotnie wykupić, skomercjalizować,
zdominować, zmanipulować, przestroić,
zniszczyć, bo jeśli rozejdzie się tu,
to może odrodzć się tam, a jeśli tam
padnie, to grupa "niebieskich"
po obywatelsku może powołać
szanowanych przez nich - a oni mają
niezłego nosa, na ogół -
"czerwonych", i zacząć od
nowa. Czy też grupa szlachetniejszej
próby "czerwonych" otworzy
portal, jak w wypadku S24 - któremu, jak
rzekłem, życzę 10 lat i miejsca w
historii - a wierne
"niebieskie" wiarusy się
dologują.
Przypomniało
mi się - pewnie dlatego, że temu
"czerwonemu" przydałoby się
powisieć na SG obok paru ostrzejszych
"niebieskich" - jak jedna z
głównych sieci telewizyjnych w połowie
lat 1980. nagrała program z byłymi członkami
pewnego kościółka ewangelikalnego w
Kentucky. Powodem było, że kiedy
dotychczasowy pastor kościółka miał
odejść na emeryturę, wierni zgodzili
się by z grupy kandydatów na jego
następcę wybrać Afryko-Amerykanina.
Jak chrześcijaństwo to
chrześcijaństwo. Nowy pastor objął
funkcję, po jakimś czasie w
kościółku zaczęli pojawiać się na
nabożeństwach ośmieleni
Afryko-Amerykanie, zaczęło się także
śpiewanie hymnów w określony sposób.
Tańcząc, klaskając, wykrzykując,
rytmizując. Po kilku miesiącach
część wiernych odeszła do innego
kościółka, tej samej kongregacji, ale
bez Afryko-Amerykanów. Ekipa jednej z
głównych sieci telewizyjnych z bardzo
znanym redaktorem Europejczykiem [tj.
Amerykaninem pochodzenia europejskiego]
pojawiła się natychmiast i
postawiła ich pod pręgierz.
Europejczyk
redaktor:
- Czy
były jakieś agresywne zachowania z
waszej strony w stosunku do
afrykańsko-amerykańskich członków
kościoła? Czy dawaliście im do
zrozumienia, że ich sposób celebrowania
jest gorszy?
Jeden z
chrześcijan Europejczyków [tj.
Amerykanów pochodzenia europejskiego]:
- Nie, w
żadnym wypadku. My po prostu lubimy
śpiewać hymny intonując je spokojnie,
płynnie. A nasi afrykańsko-amerykańscy
bracia i siostry zaczynali klaskać,
tańczyć, wykrzykiwać. To wytrącało
nas z nastroju nabożnego. Więc
odeszliśmy.
Inny
Europejczyk chrześcijanin:
- I my
się tak nie bujamy. My siedzimy raczej w
ławkach, kiedy śpiewamy hymny.
Europejczyk
redaktor:
- A to
trudno z takiej ławki wstać, kiedy
część wiernych już wstała? I co
macie przeciwko bujaniu się? Czy
myślicie, że to mniej cywilizowane?
- Nie,
nie! My tak nie myślimy!
- Nikt
tak nie powiedział! Nie słyszałem,
żeby ktoś tak powiedział.
- Ja
też nie słyszałam.
- My w
ten sposób u nas nie mówimy. My
mówimy: odznaczać
się uprzejmością, okazywać każdemu
człowiekowi wszelką łagodność...
Europejka
chrześcijanka:
- Moja
córka chodzi do innego kościoła, ona
mieszka w Tennessee z rodziną. U niej w
kościele tańczy się podczas
nabożeństwa.
Europejczyk
redaktor, wyraźnie podniecony:
-
Afrykańsko-amerykański kościół?!
Europejka
chrześcijanka:
-
Nn...iee.
Inny
Europejczyk kiwa głową.
Europejczyk
redaktor:
- Ty
kiwasz głową, ja rozumiem, że ty
aprobujesz tamten kościół w Tennessee,
w którym się tańczy, tak?
- Tak.
- A
tego, który opuściliście niedawno
temu, nie aprobujesz. Przecież to
zwyczajne uprzedzenie rasowe!
Europejczyk
chrześcijanin, odchrząka:
-
...Tamci to charyzmatycy. Mój kuzyn też
w takim jest.
Europejczyk
redaktor:
- No to
co z tego. Ale tańczą.
Europejka
chrześcijanka:
- To
jest inny taniec. To bardziej jak...
Walc?
Europejczyk
redaktor:
- Walc
powstał w Wiedniu, tak? Gdyby walc
powstał w... powiedzmy...
Inny
Europejczyk chrześcijanin:
- Ja
bardzo przepraszam. Ja lubię śpiewać w
sposób w jaki my zawsze śpiewamy.
Europejczyk
redaktor:
- Ale
czy nie można określić tego jako
monotonne? Co to jest: w koło, i w
koło, i w koło. Walc, tak? Nie weselej
kiedy środowisko jest zróżnicowane?
Pojedziecie na piknik, będziecie
próbować różnych potraw, i dzieci
będą uczyć się gier... Języki obce!
Europejczyk
chrześcijanin:
- To
prawda, my Amerykanie nie lubimy uczyć
się języków obcych.
Europejka
chrześcijanka:
- Ja
się zgadzam. My nie znamy żadnych
języków. Nawet jak jedziemy na wakacje.
Inny
Europejczyk chrześcijanin:
- To
prawda. W telewizji, nawet w naszym
języku nie mamy zagranicznych filmów.
Europejka
chrześcijanka:
- Nie
pamiętam kiedy widziałam zagraniczny
film ostatnio.
Inna
Europejka chrześcijanka:
- Ja
chyba nigdy zagranicznego filmu nie
widziałam.
Itd.
|