Rewolucja
14. 03. 2008Abek,
Bebek i Cebek już od tygodnia nie mieli
sałaty. Snuli się złośliwie, to tu,
to tam, głód ile się da przesypiając,
i czy to deszcz, czy pogoda, czy złoty
olimpijski medal, nic im się nie
podobało.
Jednego wieczoru wybrali
się do lokalu, baru takiego przyjemnego
na prywatnej ajencji, drogo ale z
kulturą. A ktoś się urżnie, to też
elegancko, portier zaraz woła
taksówkę. Palone tam jest najniżej
caro i trzeba już kabotyna niezłego,
albo zaprawionego arywisty, żeby
ćmoktał te helockie sporty, tfy.
Usiedli, po znajomości
dostali po fikołku na kreskę i
popluwając papruchami, czytają
"Portret rewolucjonisty". Tekst
prozą, który ostatnio ukazał się w
kraju nakładem popularnej wśród
młodych intelektualistów
nieopodatkowanej oficyny wydawniczej
"Wolna Wałkowa". Czytają,
myślą, myślą, czytają...
- Nie! - podrywa się
Abek. - Nie! Nie! I nie!
W Bebku i Cebku obudził
się podobny duch, zabłysły oczy, ręce
poczęły szukać czegoś ciężkiego, na
usta cisnęło się przekleństwo -
obudził się duch rewolucjonisty.
- Idziemy....... -
złowieszczo jakby pchnął w przepaść
fortepian zapostulował Bebek.
I poszli.
A taka w nich była
niecierpliwość, duch czynu i żądza
sprawiedliwości, że nic, tylko taryfą
podjechać. Cóż, kiedy na taryfę nie
mieli. Więc rosła w nich rewolucja z
marszu. Szkoda, że nie z taryfy, zawsze
byłoby szybciej, ale daj na taryfę, to
pójdą i przepiją, niech idą
piechotą. Jak piechotą, to i doszli -
do chałupniczej dzielnicy willowej. I z
daleka już słyszą ten znienawidzony
głos:
- Ratuj, Efka, ratuj,
ratunku, umieram...!
Cebek naciska dzwonek.
- Kto tam? - zagdakało w
głośniku.
- Abek, Bebek i Cebek,
ważna sprawa.
Bzzzy... brzęczy zamek,
popychają bramę i idą po przemyślnych
schodkach. Z lewej wierzba, z prawej dwie
topole. W głębi ogrodu ciężarowa
sztanga, którą atakuje przed
śniadaniem Febek. I prawdziwy mały
amfiteatr wokół grilla, na którym
latem piecze się kurczaki do piwa.
Na ganek wychodzi Efka.
Zmizerniała, ziemista cera, na ręku
dzieciak.
- My bardzo przepraszamy,
że o tak późnej porze - fakt, było
już po dziesiątej. - Ale czy możemy
zobaczyć się z Febkiem?
- Ale kiedy... chory.
Takie nieszczęście, ja już nie
moggg... - rozchlipała się biedna
dziewczyna.
- My tylko na chwilę.
Może to go rozrusza - rozprowadza Bebek.
- No... tak. Proszę... On
tak cierpi - godzi się Efka i prowadzi
naszych gniewnych do pokoju Febka.
Leeeży ta maska
nienawistna. Rozkopany, rozmemłany,
gały na wierzchu, odwłok w sienniku.
- O, cześć chłopaki...
Jak miło. Siadajcie. O...o jen..! -
wystękuje Febus Ford-Fikalczewski.
Ale nie dzisiaj te
filisterskie fiku-fiku.
- Zamknij nadajnik ty
znienawidzony wyzyskiwaczu klasy
robotniczej! - przybastowuje go Cebek. -
Żadne tam fiku-fiku dzisiaj nie
odejdzie. Już dość na naszej krwawicy
się nażerowałeś, ty skandaliczny
prywatny inicjatywie!
- Ciszej, chłopaki,
ciszej. Sąsiedzi usłyszą... - próbuje
załagodzić robaczywy Febus.
A żona jego,
rozczulająco krupska (jak to kobieta), w
te pędy do telefonu!... Nie, kochana,
świat się zmienia, coraz trudniej o
jelenia. Telefon już dawno odcięty.
Kicha. Klops.
- Co ciszej, co ciszej, ty
rozbójniku wartości dodatkowej -
skandalizuje z kolei Abek. - Ty chorowita
plamo na platonicznej twarzy naukowego
socjalizmu! "Sąsiedzi usłyszą,
sąsiedzi usłyszą"... A niech
słyszą, pijawki z jednej sadzawki!
Otwierać okna, chłopaki, narobić i
tamtym wiatru w betach! Zakłócić
odbekiwanie! Niech nie myślą, że tylko
o podatki i przepisy chodzi!
Otworzyli okna i teraz to
wszystko runęło na okolicę. Od razu
pogasły światła, jak za okupacji. I
czuło się tylko jak jeden z drugim
nasłuchują, bo straszną ciszą
powiało, tyle co tu, tam, poruszyła
się firana w oknie. Po czym zaczął
się dygot. Solidarność klasowa czy
inna jakaś wspólna kiszka prywatnych
inicjatywów sprawiała, że jeden szujek
pękał, a rozchodziło się po
wszystkich. I tak, dygotał prodziekan
sztuki pięknej, co z małżonką w
garażu lampy z gipsu po tysiąc złoty
ugniata, takie bzde a ludzie kupują.
Dygotał kapitan żeglugi wielkiej, co
prywatnie na zachodnioniemieckich za dwa
placki twardych oficerkuje. Dygot okropny
kołatał w chałupie złotówy
(taksówkarza czyli), który z kupnem
willi pomieniał nazwiska, z Rąbieklocki
na Rąbiesicki. A już najniemożliwiej
dygotał w swojej chałupniczej willi
pewien rozpowszechniony pozytywista, typu
Wołga-Wisła, potencjalny oczywiście
latarnik. I pisarz jeden, i jeden
dziennikarz, i ... ... ... co oficjalnie
jedno, a chałupniczo drugie. W wielu,
wielu prywatnych lokalach różnorakich
chałupników dał się ten dygot, dygot,
dygot wysłyszeć.
A naszym przeszło już
pierwsze wzburzenie. Kiedy bowiem wypluje
się gorycz egzystencjalna, krzyk się
wykrzyczy, taczka wytaczkuje, a od
nieprzerwanego wrzasku o sprawiedliwości
zrobi się w głowie pusto i nijako,
słowem kiedy ucichną armaty -
następuje najważniejsza część
rewolucji, przekuwanie mieczy na
lemiesze. Od tego jak się ten surowiec
przekuje, zależy kiedy następna
rewolucja wybuchnie.
- Siadajcie, chłopaki,
siadajcie. Nogi rozbolą tak stać i
stać - chytrze podsuwa Febek.
Abek, Bebek, Cebek
spojrzeli po sobie i - myśląc nogami -
usiedli. Chwila milczenia. Głupia
sprawa, dali się posadzić, jak tu teraz
pion rewolucyjny utrzymać...
- A co tobie jest -
zapytuje humanitarnie z braku czegoś
lepszego Bebek.
- A, robaki, niech je
drzwi... - stęka Febek.
- Na robaki cukier z
naftą najlepszy, moja babcia mówiła -
humanitarnie Cebek.
- Znam, znam - macha
ręką Febek. - Tak i robię, tylko
cukier z naftą przy życiu mnie trzyma.
Ale chłopaki posiedzieli,
posiedzieli i widzą to siedzenie to nic
znowuż takiego wielkiego. Prawda, nogom
lżej, ale nie tylko z nóg człowiek
się składa.
- Źle - mówi Abus - źle
czynisz, Febus, że żadnej polityki
solidarnościowej z nami nie
zawiązujesz. Szmalec tylko tą swoją
Firmą młócisz i młócisz, a nas jak
za te cepy traktujesz. Żadnego
poszanowania, żadnego zabezpieczenia
podstawowych praw ludzkich nie mamy. Tak
i teraz, w robocie przestój jest, ty
sobie ekskluzywnie niedomagasz, a my - z
czego mamy żyć? Przypadkiem nie wiesz?
- Daj spokój, rozumiem -
stęka Febus pod wpływem jakiegoś
boleśniejszego robaka; ale po chwili
już lepiej się czuje. - To poszukaj
gdzie indziej roboty, co się mnie
uczepiłeś! Fora ze dwora, jak ci tu nie
pasuje. Wypierdyki z ameryki!
- Uspokój się - odzywa
się stalowym timbrem Bebus. - Jak
człowiek z człowiekiem przyszliśmy
się z tobą rozmówić, złodzieju.
Więc lepiej nas nie doprowadzaj.
- Bo co - nie wytrzymuje
przyślepiony ich siedzeniem Febus.
- Bo tamto - odpowiada mu
Cebus. - Zaraz fikniesz.
- Myśmy przyszli
przekształcić ciebie wewnętrznie,
otworzyć dla świata, waciana głowo -
rozpoczął przekuwanie miecza Abus. - No
już, otwieraj się...!
- C...oo? - zgłupiał
Febus.
- Odsklepić się masz,
zwierzęciu - przetłumaczył mu Bebus.
- Jakie odskle... O co w
tym wszystkim?...
- Spolegliwy masz być,
łomie!
- Kochać bliźniego jak
BMW swoje!
- ...A za godzinę to
niech nam sto złociejów płaci!
- Co tam sto złociejów!
Do udziału w zyskach ma nas dopuścić!
- Zostaw zyski. On ma
upartyjnić ten jego bezczelny środek
pracy. My też chcemy posiadać Forda!
- Jasna. A w willi jeden
pokój niech natychmiast wyszykuje,
living room by podchodził, co tam nasz
przedstawiciel będzie zawsze...
- I drugi, i drugi pokój!
Dla wiceprzedstawiciela!...
- I mnie, i mnie! - wbija
się Abus. - Mnie też dajcie pokój
osobny!
Febek nareszcie pojął.
-
Czy...wy...ście...po...świ...ro...wa...li??!!...
Wooon! WOOON póki jeszcze mam
opanowanie!!
I co, rewolucja
rewolucją, ale z ciężkimi nie da rady.
Bebek zmuszony był ciuknąć Febka
murzyńską sztuką w głowę. I zelżał
Febek, pomogło. Nie ma bańki, dyktatura
proletariatu jest w takich wypadkach
conditio sine qua non.
Leży Febus nieprzytomny
pod dyktaturą. Chłopaki poczuli
wreszcie powiew demokracji. W pierwszym
rzędzie wparowali do kuchni. Salami,
ananasy, konserwowa szynka - szło do
bandziochów jak popadnie. Kiedy już
zaspokoili pierwszy apetyt, zaczęli
rozglądać się za wypitkiem. O febkowym
barku śnili po nocach, znali trasę.
Pierwszy z brzegu stał johnny walker.
Obalili. Cinzano. Obalili. Wiśniówka
bols. Poszło i to. Ale po wiśniówce
zrobiło im się trochę nie tego.
Chodźcie chłopaki weźmiemy sałnę,
poddał jeden. O to, to, zgodzili się
frenetycznie. Po drodze była ubieralnia,
poprzebierali się w najlepsze garnitury
Febka i tacy, eleganccy, udali się na
dół do piwnicy, gdzie się sauna
buduje. Położyli się na deskach i
czekają. Nic, coraz zimniej, zawsze to
piwnica. O, prysznic, może o to chodzi,
podsuwa któryś. Odkręcili. Zzzzzz...
poleciała zimna woda. Zmokli i jeszcze
gorzej im się zrobiło. Brr!... Uciekli
z powrotem na górę. Ja tam wolę
wannę, zwierza się Abus Bebusowi. Ten
Abus to prymityw taki, w sałnie nawet
zachować się nie potrafi, plotkuje
Bebus Cebusowi na odwróconego Abusa.
Bebusa warto by odsunąć od rewolucji,
podejrzany element, wchodzi Cebus w
układ z Abusem. Cebus powiedział że
ciebie załatwi, napuszcza Abus Bebusa na
Cebusa. Ale kiedy zejdą się razem,
puszczają znakomity gramofon telefunken,
nawołują się, cieszą, strasznie
solidarnościowi. Chata, muzyczka,
gorzałka, micha...
- Ty, chodźcie oblecimy
Febusową - nęci podochocony Abus. - No,
chłopaki, co się szczypać!
Ale Bebus i Cebus mniej
okazali się podcięci i mieli jeszcze
szczątkową świadomość, że patrzy na
nich chwila dziejowa. Oni dokonali tego
tu przewrotu aby człowieka na lepsze
przerobić, podają, a jeśli doszłoby z
Febusową, to niewiadomo czy jej to na
lepsze jako homo sapiensowi wyjdzie,
chyba nie. Więc dalej muzyczka,
konsumpcja, natknęli się na cygara...
Ale co wypłynęło, to już nie utonie.
Stuknęli jeszcze trochę gorzałki i nie
ma rozmowy, na towary i na towary. I
czemu tu się dziwić, młodość, krew
nie woda. Trzeba ich puścić. Na to jak
nie podskoczą, jak nie podziękują, jak
nie zaczną pakować ze stołu co
podleci, wódka, pomarańcze, ciastka z
kremem, okcydentalne papierosy... I
wypadli z chałupy (co to teraz willami
je nazywają). Jakiś czas biegli jeszcze
w grupie po dzielnicy chałupniczej. Uch,
niech no tylko dobiegnę, niech no się
tylko dobiorę, tak jej życie
zaafirmuję, alfabetu zapomni -
niecierpliwił się każdy do swojej,
zawsze gdzieś tam zaklepanej, ciuśki. Z
niecierpliwości tej aż języki im
furkotały i opowiadali nimi w gorączce
gdzie nogi, gdzie ręce i gdzie resztę
będą zakładać. Wreszcie się
rozbiegli, każdy w swoją stronę.
Pozdrawiał ich w biegu przymilny śmiech
chałupników. "Na dziewczynki, na
dziewczynki, he he". Powoli
zapalały się światła.
Fragment opowiadania "W Polsce"
opublikowanego w "Zapisie" nr 5
(1978)
|