Pożegnanie
ojczyzny
15. 03. 2008Decyzję miałem już
podjętą. Powiedziałem:
-
Przemyślałem wszystko dokładnie. Czas,
żebyście i wy wiedzieli. Odchodzę.
Zostawiam was.
Było
koło piątej. Ojciec przebierał się
właśnie w robocze ubranie. Zawsze,
kiedy wrócił z państwowej roboty i
zjadł obiad, szedł do komórki, którą
zbudowaliśmy w tyle ogrodu i robił
kredensy, drzwi, okna, tapczany dla
krewnych i sąsiadów, żeby dołożyć
do pensji. Matka kończyła jeść. To
był jej zwyczaj, kończyć co myśmy
zostawili. A jeśli zrobiła sobie osobny
kotlet, to zawsze najmniejszy z trzech.
Co nie znaczyło, że morzyła się
głodem, czy coś. Kręciła się przy
kuchni cały dzień, skubiąc to z tego,
to z owego, i ważyła te swoje sto
sześćdziesiąt, sto siedemdziesiąt
funtów nawet wtedy, w wieku trzydziestu
dwóch lat. Powiedziała:
- No to
gdzie ty stąd pójdziesz, na kogo nas
zamienisz? Na hycla? Na Cygankę?
Hycel i
Cyganka to były najczęściej używane
przez polskie matki straszki, w celu
trzymania dzieci w posłuchu. "Oddam
ciebie do hycla" albo "Oddam
ciebie do Cyganki" mawiały, kiedy
rzeczywiście już puszczały im nerwy,
czyli bardzo często. Hycel pojawiał
się w naszej dzielnicy raz na miesiąc,
idąc środkiem ulicy przed budą
ciągnioną przez konia, w rękach długi
drąg z pętlą na czubku i który pies
się zagapił, lub zaspał, był jego.
Zawsze wiedziałeś kiedy hycel wchodził
do dzielnicy, bo psy zaczynały ujadać
mało co im głowy nie poodpadały,
dając sobie znak. Mówiło się, że
hycel sprzedawał je na szare mydło.
Z
Cyganką było jeszcze gorsze. Widywałem
Cyganów migrujących wozami przez nasze
miasteczko jak dzikie gęsi, z północy
na południe, lub odwrotnie, zależnie od
pory roku. Prawdę powiedzieć, lubiłem
ten widok. Kolory, inny świat. Ale
babka, ze strony matki, miała w zwyczaju
opowiadać tę historię o Cygance, co
podmieniła buty. Raz Cyganka siedziała
przy stole w kuchni u jednej gospodyni,
wróżąc z kart. Pod stołem było
pudełko z nową parą butów. Cyganka
musiała wyczuć je stopami, bo wróżąc
cichcem zzuła swoje człapaki,
włożyła nowe buty, stare wsunęła w
pudełko, nawet zasunęła z powrotem
pokrywkę. Gospodyni zorientowała się
dopiero po kilku dniach. Ta historia
rzeczywiście napędzała stracha.
Zwłaszcza babki głos. Mimo to,
odpowiedziałem matce:
- Ni
jedno, ni drugie, matko. Ni do hycla, ni
do Cyganki. Mam w planie pójść na
stację kolejową i potem już wzdłuż
torów.
Uplanowałem
w ten sposób, bo, oczywiście, finansowo
byłem plaża. Co do matki, to
oczywiście ironizowała. Podgrywała
się ze mnie. Nie można mieć do niej o
to specjalnie pretensji. Latasz koło
bubasa przez sześć długich lat,
emocjonujesz się, przyzwyczajasz,
planujesz, i nagle jednego pięknego dnia
informuje cię on, że nie może już z
tobą wytrzymać. Tak po prostu. Kto
może przyjąć taką rzecz lekko. Więc
oczywiście matka ironizowała, starając
się wytworzyć dystans, nie chcąc
poranić sobie uczuć.
Ojca
rozgrywka była całkiem inna. Po
pierwsze, on nie bardzo wierzył, że to
naprawdę koniec. Zaskoczyło go to o
wiele bardziej niż matkę. Matki to był
ten klasyczny przykład kobiecej intuicji
podciągniętej przez Naturę do poziomu
pierwszoplanowego aparatu poznania. Nigdy
na przykład, kiedy byłem jeszcze mały,
nie uszło jej uwagi, że nalałem do
łóżka. Niezależnie ile ojca wody po
goleniu wylałem potem na piżamę, żeby
stłumić paskudny zapach, zawsze
usłyszałem, "Stasz, byłeś dziś
na rybach!" Takie jej określenie.
Myślała, że to śmieszne. Ale ojciec,
jak mówię, był inny operator. W to
miejsce, gdzie intuicja matki
rozpoznawała, słusznie na ogół, czy w
danym wypadku lepszą szansę ma
rozsądek, czy wola, to
ojciec-mężczyzna operował z
założenia, że na wszystko jest
sposób. Wola, wola, wola. Że jak się
chce, wszystko można nareperować.
Powiedział:
- Ja nie
rozumiem po co zostawiać dom, to za
wcześnie. Powinieneś zostać przy nas
przynajmniej do matury. No co, chcesz
żebym kupił ci kolarską wyścigówkę?
Taa,
było takie mówienie, że jak przejdę
do drugiej klasy dostanę wyścigówkę.
Teraz już po herbacie.
- Nie
chcę wyścigówki - odrzekłem.
- No to
może... Wiesz, jutro po pracy możesz
spotkać mnie przed zakładem i
pójdziemy kupić ci narty. Od dawna już
planowałem, że będziesz miał narty.
- Nie
chcę nart - powiedziałem.
- Może
jedzenie mu nie smakowało - matka znowu,
kwaśna jak żurawina.
Twarz
ojca zaczęła układać się w
zadowoloną, że to nareszcie może być
powód. Już zaczynał być zły na
matkę, gdyby okazała się racja.
- Nie,
jedzenie było w porządku -
zaprzeczyłem.
Bo
było. Smakowała mi kuchnia matki. To
znaczy, żurek jej wychodził taki sobie,
i nie robiła najlepszej sałatki
kartoflanej. Najlepszą sałatkę
kartoflaną robiła ciotka Helena.
Prawdopodobnie bo dodawała białą
fasolę, a matka nie. Ile razy mówiłem
matce, żeby dodawać białą fasolę jak
ciotka Helena, ale nie i nie. Jak
kozioł. Ale inne rzeczy robiła smaczne.
Zrazy bite i tuszone z marchewką.
Gołąbki. Ogórkową, krupnik. Chłodnik
świetny, już mówiłem. I wszystkie
rzeczy w piwnicy, kiszoną kapustę,
ogórki, owoce i warzywa w słoikach. Te
były dobre.
Ale ojca
gniew zdążył już się roznieść po
organizmie i gdyby go teraz nie
rozładować, nękałby go przez godzinę
i więcej, jak ukąszenie gza. Męczyłby
się człowiek. Trzy były obecne, prócz
ojca, istoty zmysłowe w kuchni. Ja,
matka i nasz pies, Krawiec (od tego że
miał dużo łat). Moje przypuszczenie
było, że ponieważ ojciec próbował
zatrzymać mnie w domu, a z matką
właśnie miał ciche dni, to na Krawca
spadnie przyjęcie bardzo pożytecznej
rodzinnie roli odgromnika gniewu.
Ale nie,
ojciec podszedł do tej strony kredensu,
gdzie wisiał na gwoździu jego skórzany
pas wojskowy, na którym ostrzył
brzytwę. Ten pas, plus drewniany
różaniec na którym brakowało
paciorków, bo wytarł je rzemień
karabinu, a który mu babka, jego matka,
przekazała umierając, przeszły z nim
całą wojnę.
- To
znaczy jedzenie ci smakowało, tak?
Wałówka była w porządku? A to
widziałeś? Wiesz co to? - wyciągnął
przed siebie dłoń z pasem.
Pewnie,
że wiedziałem. To były dwa jego place
środkowe zestrugane w pracy przez
heblarkę. Palec serdeczny to był nawet
zadowolony, że mu ścięło, bo i tak
był podkurczony jak hak. Kiedy miał
siedemnaście lat, kilku chłopaków pod
rząd nie mogło odbić butelki przed
zabawą u gospodarza, wreszcie ojciec
wziął zadowolony że pokaże. I
skrócił sobie ścięgno w serdecznym
palcu.
-
Myślisz, że ja robię po fajrancie w
zakładzie i potem jeszcze w domu, bo ot,
mam taką fantazję? - ciagnął z pasem
w ręku, jakby go się go trzymał. - A
co byś powiedział, że chodzi mi żeby
zaoszczędzić? Może planuję puścić
ciebie na studia, żebyś miał dyplom,
nie musiał tak ciężko tyrać jak ja.
Patrz!
Wyszedł
do sypialni i wrócił z książką.
-
Mi-gu-el-cer-wan-tez-przyg-ody-don-kisz-ota
- odczytał z okładki powoli. - Wiesz
dlaczego to czytam? Bo usłyszałem w
tramwaju jak dwóch rozmawiało o tej
książce. I jak ona opisuje wszystko,
co, można powiedzieć, że tak w życiu
jest. Nauczyciele musieli być... No i
jednego dnia z pracy poszłem do
biblioteki i wypożyczyłem.
Przeczytałem więcej niż raz.
Pewnie,
że musiał więcej niż raz. Bo co on
rzeczywiscie czytał, to Verne'a
"Tajemniczą wyspę", "Dwa
lata wakacji", "20 tysięcy
mil...".
- Ja
czytam inne książki też, kiedy mam
jeszcze energię, czas - on dalej. - Jak
w niedzielę, kiedy twoi wujkowie nie
zachodzą i nie muszę z nimi grać w
oczko. Ja wiem, przyjdzie dzień, że ty
będziesz wiedział więcej niż ja. Ale
póki nie będę zostawał za tobą za
bardzo w tyle, będę się starał. Może
będziesz potrzebował mojej wskazówki,
rady w czymś...
- Mowa
trawa - uciąłem mu. - Ojcowska
propaganda. Co będzie to będzie, ale
dzisiaj jest dzisiaj. I dzisiaj chodzi o
to, że środowisko w tym domu jest
nieproporcjonalnie nasycone przemocą.
Ile w ten sposób można żyć...!
Prawie
że sięgnąłem po jednego z ojca
sportów w paczce na stole, tak jak on to
robił, kiedy rozprawiał o życiu, z
pretensjami czy bez. I potem
rzeczywiście wyjąłem jednego z paczki.
Ojciec podał mi ogień, Chryste, trzeba
kończyć tę myśl i zostawić to już,
zostawić...!
-
Przecież to jest czyste rozbijactwo
świata dziecka - podniosłem głos. -
Przemoc, przemoc, przemoc. Kraj od
pokoleń w stanie wojny, niewoli, lub
małej niepodległości, wojny, niewoli,
lub małej niepodległości. Mężczyzna
na froncie, lub upokorzony, lub
podniesiony do postawy
półwyprostowanej, na froncie, lub
upokorzony, lub podniesiony do postawy
półwyprostowanej. Klimat kraju, klimat
rodziny, klimat kraju, klimat rodziny,
przemoc, miłość, przemoc, miłość,
przemoc, miłość. Przecież to jest
kognitywny-bihejwioralny groch z kapustą
dla formującego się dziecka. Ja mam
przed sobą do przymierzenia się cały
świat - i wy na drogę dajecie mi TO?!
To wcale nie jest zabawne. Ja w tym
resztki humoru przestaję widzieć. Przez
sześć lat napatrzyłem się dosyć. Ja
nic tu od środka nie zmienię. To wiem.
Podjąłem decyzję i już. Zostawiam
was. Idę...
Ojciec
stał przy stole kuchennym, kiedy
kończyłem mówić. Jego prawa dłoń z
palcami ściętymi przez heblarkę
trzymała skórzany pas. Lewa, zsunięta
wzdłuż boku, "Przygody Don
Kichota". Jego wydatna wileńska
dolna warga zaciskała się na górnej w
poziomą linię, jakby uśmiech za
sprawą woli. Matka pochylała się nad
szafką przy zlewie, siekając, chyba,
marchew. Pies, Krawiec, chciał zaraz za
mną biec, ale i jego zostawiłem,
zatrzaskując drzwi.
Nowy
Jork 1990 (z oryginału angielskiego)
|