Kaługa
9. 02. 2008Im
bliżej dnia poboru, tym intensywniej
wyobrażał sobie ojciec jak by to było
kapitalnie dostać się do ułanów.
Ułani byli najwyższą formą
żołnierowania, w polskiej opinii. Na
amerykańskie kryteria przekładając,
ułani polscy byli nie tylko tak
uważani, jak w Ameryce żołnierze
piechoty morskiej Marines, ale
musiałbyś się np. jako Amerykanin
najpierw dostać gdzieś do niewoli,
następnie przesiedzieć w niej parę
miesięcy, następnie zostać odbity
przez US Marine'a wyglądającego jak
nastoletni Rock Hudson - ale nie gej -
wtedy jako Amerykanin w przybliżeniu
byś poczuł, co Polacy czują do swoich
ułanów dzień w dzień.
Na egzaminie ułańskim w
Wilnie ojciec miał tremę, aż
ślizgały mu się w butach palce z
piskiem, kiedy podchodził do wskazanego
konia. Ale był on wiejski chłopak,
świetny w woltyżerce na oklep, a co
dopiero jak zobaczył skórzane siodło.
A jak już znalazł się na koniu i
przeszedł w stępa, kłus, galop, z
powrotem w kłus, poczuł się tak
naturalnie, że podczas najbardziej
karkołomnych manewrów nie schodził mu
uśmiech z ust, a nawet umiał sprawić,
że i jego koń też wyszczerzał pysk
jak dopiero co spryskany wapnem płot.
Wobec takiej pary panowie oficerowie
egzaminatorzy roztopili się jak masło i
przyjęli ojca z otwartymi rękami i
nogami, jak się mówiło soczyście po
kawaleryjsku.
Co doprowadziło do prawie
że odrąbania sobie przez ojca nogi
dziesięć lat później, w 1945. Z
powodu Ruskich, żeby ich, tego farszu in
future na chiński pasztet. Ruski,
uzależniki od cudzego libido, podsysali
życie z Polski przez prawie dwie setki
lat, ale kiedy w II-giej Wojnie przestali
wreszcie zwiewać, tylko ponaciskali
czapki i sami zaczęli gonić Tetojczów
do ich Berlina, i właśnie mieli odbić
od nich Wilno, uroczą stolicę
Wileńszczyzny, to mieli czelność
zwrócić się do ojca, który w tym
czasie był oczywiście wileńskim
leśnym, żeby razem nimi zaczął
przyiwaniać tamtym. Pawka, Pawka, pomoż
nam wysiudać Tetońca, nam nada kogo kto
ma dobra orientacja w gorodie. No to
oczywiście przecież, że ojciec lubił
Wilno, i znał jak własną
samodziałową kieszeń. W Wilnie
służył w ułanach, a gdzie. Miał też
zdobyczną mauzerkę, którą i tak
podstrzeliwał po lasach skapcaniałego
od jaszczurzego darwinizmu Tetojcza,
więc zaklął tylko z wileńska, a
żebyż was, i co, zgodził
się.
Ruski byli pod wrażeniem,
jak ojciec dobrze znał miasto. Parki,
ulice, bramy, boczne aleje, nawet dziury
w jezdniach, te większe. Chciał im też
pokazać gdzie leży serce Piłsudskiego,
ale nie wyobrażacie sobie jakiego Ruski
dostali wtedy nagle świra! Może
dlatego, kiedy zdobyli już Wilno ramię
w ramię, zamilkli. Kompletnie przestali
do ojca się odzywać, nawet w jego
stronę patrzeć. To trwało prawie cały
dzień. A pod wieczór, kiedy nastała
szarówka, a potem zaczęło robić się
całkiem ciemno, nagle cała ich kupa jak
nie skoczy na niego z tyłu, jak nie
rozbierze do slipek! Nu paidi, dziesiat'
szagow wpieriod, pasmatri na twoj nowoj
uniform! I że to niby taki sam mundur
jak przed wojną przed nim na ziemi
leży, zielony, orzełki na guzikach
też, tylko bez tych zwariowanych
polskich koron. I że ojciec co ma tylko
zrobić, to przejść te dziesięć
kroków, wciągnąć nowe drelichy i już
nic między nimi nie było, nigdy nic
się nie stało, pełna zgoda, wódki i
kiełbas tam na stołach jest.
- Nu kompał ja sie
jednego dnia przeszłego lata w Wilii,
już w partyzance... - zaczął ojciec na
to i rozumiało się, że zamierzał
opowiedzieć historię; Ruski prawie że
zaraz pokotem się rozsiedli, bo oni
bardzo lubią siedzieć, leżeć
najlepiej, i słuchać historii. - Nu po
drugiej stronie Wilii tam też jedne sie
kompali, tylko to już była, my
wiedzieli z wywiadu, ruska partyzanka,
nie nasza. Nu ale kompać sie każdy
potrzebui, to my pozwolili. Nu wykompali
my sie, oni też, i każdy wciąga co
swojego ma, jak kalisony to kalisony, jak
krótkie majtki to krótkie majtki, no i
widze ja u tamtego ruskiego za Wilią
coś nie tak. I wołam ja do niego, ej ty
Saszuk, ty kalisony na druga strona
włożył. A to po czym ty tak
rozpoznał, po szwie, woła tamten na
nasza strona, zadowoliony, nie wiedzieć
czemu. Ni tam po szwie, ja jemu
odwołuje, po skorupie! Nu to nasze
śmieli sie, co który spoczoł to drugi
zaczynał. Tamte nawet strzelali do nas
potem troche...
- Wot żesz
sobaczyszka-polaczyszka! - Ruski zaklęli
siarczyście i wzięli ojca do niewoli,
bo żaden naród nie lubi jak się z
niego robi jaja, a Ruski to już mają
najcieńszą skórę na ten temat ze
wszystkich.
W niewoli wsadzili ojca do
pociągu, wieźli, wieźli w stronę
uralską, aż wysadzili pod Kaługą
w lesie i postawili do rąbania drzew. I
jak to Ruski, jak samogonu skombinują,
to przyniosą, naleją i tobie, machorki
też wyciągną, nawylewają żalów i
uciech do rana, naśpiewają się,
nacałują, popłaczą na koniec,
posmarkają, ale jak w sprawie praw
człowieka, to wszystkiego dawali ojcu
dziennie kawałek chleba jak trociny, nie
większy od papierośnicy. Po roku takiej
diety, ciężkiej harówki i
niemożliwych glątw, ojciec myślał,
że wyzionie ducha z dosłownie każdym
następnym zamachnięciem się siekierą.
Jednego lutowego ranka, a mróz był że
język przylepiał się do zębów,
ojciec poczuł że już dłużej tak nie
pociągnie i jak nie zamachnie się
siekierą, tak że ta przeszła
specjalnie koło kloca i wbiła mu się
prawie cała w but. I poszedł do
lekarza, wziął zwolnienie i przeleżał
w ziemlance prawie miesiąc na
chorobowym. To mu rzeczywiście dało
odetchnąć i przez następny rok nie
miał już kłopotów z kondycją.
Ale tu pojawił się
następny problem. Ponieważ rok zrobił
się 1946, wojna dawno się skończyła i
ten polityk, Stalin, podniósł w końcu
słuchawkę i wykręcił do innego
polityka z drugiej strony Europy,
Churchilla, którym pogardzał jak psem
od czasu Teheranu i Jałty. Stalin
powiedział:
- Słuchaj, jest u mnie
ten Pawka... Tfutfutfuski... co ścina
lasy. To już ciągnie się dwa lata, o
co tobie chodzi?! Dlaczego nie gderasz o
prawach człowieka, jak ty potrafisz, nie
zabierasz go stąd? On wtranżala mi
pajdę chleba dziennie. Mój chleb jest
dla moich ludzi, które słowo w tym
ostatnim zdaniu jest dla ciebie za
trudne, to pomogę, co?
Churchill był bystry, ale
opryskliwy facet, i to było dokładnie
takie mówienie, co wychodziły w nim te
cechy. Powiedział:
- Ja nie rozumiem,
dlaczego ty każesz mu wycinać lasy.
Lasów w Rosji tyle, on w życiu tej
roboty nie skończy. To jest wiek
dwudziesty, nie wiem czy zauważyłeś,
postaw go do robienia cegieł. Albo,
słuchaj, jeszcze lepszy pomysł. Wypraw
małą piekarnię dla niego i on wypiecze
chleb dla siebie i jeszcze dla połowy
was starczy. No co myślisz?
To wbiło się Stalinowi
pod skórę, którą miał zawsze
cienką.
- Słuchaj - warknął do
słuchawki. - Nigdy w ten sposób nie
próbuj do mnie bełtać. Tego
aroganckiego Wiślańczyka to ja, gdybym
chciał, mógłbym podziurawić jak rybę
w beczce. Nie robię tego, bo moi
oficerowie go lubią, mówią że ma
tęgą głowę do wódki. A ja moim
oficerom, przynajmniej na razie, nie
będę robił szkody, oni wygrali mi
wojnę. Gdybym miał tu zaraz gdzieś
pistolet, to twoją cegłówkę
bym ci z pleców zdmuchnął. Klucho.
Churchill dobrze odczuł,
że co z tego że mądry przegadał,
kiedy głupi pobił. Odeszła od niego
cała ta angielska flegma i zaczął
piszczeć: "To ty klucho! To ty
klucho!..." Ale Stalin już nie
słyszał, bo rzucił słuchawkę i
zaczął krzyczeć na Mołotowa, jego
ministra spraw zagranicznych, bo ten
kichnął bez przykrywania ust ręką.
Ale tu właśnie
można przyjrzeć się jak się robi
historię. Bo kiedy premier Wielkiej
Brytanii zorientował się, że
połączenie zostało przerwane, zaraz
zatelefonowal do tego polityka z drugiej
strony Atlantyku, którego znał dobrze,
Trumana. Truman był zajęty, ale
podszedł do telefonu i rozmawiał z
Churchillem jakby miał czasu jak lodu.
Powiedział, "Nie przejmuj się,
Lisie, może nacisnął widełki przez
przypadek, i jego zachowanie, no wiesz,
oni tacy są, ja do niego jutro
przekręcę". Miał jeszcze zamiar
powiedzieć, że poczęstuje Stalina
piekłem, ale Churchill wiedział, że
Truman będzie chciał się chwalić, i
czujnie wyłączył się po angielsku
przedtem.
Więc Truman
prawdopodobnie zadzwonił do Stalina i
Stalin musiał mu powiedzieć, żeby
przysłał przekaz pieniężny na bilet
dla ojca, bo tydzień później ojciec
czekał już na zmianę pociągu w
Moskwie, a w niecałe dwa znalazł się z
powrotem w Polsce.
Ale Wileńszczyzna w
międzyczasie przestała już być
częścią Polski. Ruski zagarnęli ją
jako łup wojenny. W zamian dali Polakom
to miasteczko na zachodzie, Luborg. Przez
parę wieków Luborg był miasteczkiem
niemieckim Przedtem przez parę wieków
polskim. Przedtem znowu niemieckim. I
przedtem znowu polskim. I jeszcze
przedtem, to już nikt nie jest pewny,
albo raczej każdy. Tak czy tak, kiedy
przyszedł front, niemieccy mieszkańcy
Luborga po zwyczajowym przeczołganiu
zostali pogonieni w podskokach, i
wprowadzili się Polacy z Wileńszczyzny,
zmieniając jego nazwę na Lubark. Tu
właśnie przyjechał ojciec z Kaługi
pociągiem.
Rzędy opuszczonych
poniemieckich domów jak szkielety gniazd
czekały na zasiedlenie w Lubarku, a na
zamążpójście tysiące repatriowanych
z Wileńszczyzny młodych kobiet. Te
mdlały z niecierpliwości, żeby już
nareszcie gotować, wyszywać, prać,
sadzić, sprzątać, nucić, chodzić do
sklepów i kościoła, a przede wszystkim
żeby coś im się ruszało pod mostkiem.
Tkanka narodu została przez wojnę
głęboko nadjedzona i potrzebowała
uzupełnień natychmiast. Ludzie
pobierali się jak mormoni w drodze do
Utah.
Jednego sierpniowego
wieczoru Stenia, córka dekarza co
przeprowadził się do Lubarku z
Wyszyszek, też miejscowości wileńskiej
tylko bardziej w stronę Kowna, wróciła
do domu, puściła torebkę na podłogę,
zsunęła się obok i zaczęła
chichotać do pozostałych dwóch
sióstr, "Wychodzę za mąż,
dziewczyny, wychodzę za mąż, cha
cha!" Jedenaście miesięcy
później ja wysiadłem na tej stacji na
świat.
Nowy Jork 1990
|