| Tadeusz
Korzeniewski Do
Wyoming
(fragment)
|
Siedzę na trawniku przed domem, czytam L'Amoura.
Sąsiadka Cindy przechodzi z psem Meetoo.
Zatrzymuje się, po krótkim wstępniaku opisuje
sen z ostatniej nocy:
- To był
taki coś jak tunel. I silny strumień wody
wpadał... i wciągał Maggie... I w pewnym
momencie ty się pojawiłeś i ją
wyciągnąłeś...?
Wpatruje
się we mnie obranym z godności spojrzeniem
zaniepokojonej matki.
- Ach,
Cindy, w całym kraju to samo - kręcę głową.
- Żebyś tylko wiedziała, ile matek w moich
podróżach przychodzi do mnie ze snami na temat
ich córek. Wiesz, wydaje się, że Mormoni na
coś jednak wpadli, wierząc, że kobieta
potrzebuje pośrednictwa mężczyzny, że duchowo
nie da rady sama. Mówię ci, ani razu w mojej
podróży nie podeszła do mnie matka, bo śniło
jej się, że jej córka wyciągnęła mnie z
topieli. Ani jeden raz, wyobrażasz? Zawsze to ja
muszę za ich córkami skakać do wody...
- Ty
żartujesz?
- Trochę,
Cindy, trochę. Wiesz, czasem sny rozładowują
napięcia. Taki wentyl bezpieczeństwa. Klapa,
dla psychicznej pary...
- Pewno
tak - potakuje Cindy. - Ja rzeczywiście martwię
się za dużo ostatnio.
I dalej
rusza z Meetoo. Weselsza.
- Hej,
Cindy!
-
No?
- A
co powiesz, że to mnie twój
sen obsadził w pozytywnej roli głównej? Nie
jest ze mną tak źle, co? Serca matki nie tak
łatwo wykolegować, co? Nawet we śnie, co?
-
Tobie też coś powinno się przyśnić. Żebyś
i ty wypuścił parę! - Amerykanka, one-linery
mają oni opykane.
Ale
co prawda to prawda, taki sen Cindy rzeczywiście
miała i przed chwilą mi go opowiedziała. W
sercu Ameryki taka rzecz, u podnóży Skalistych.
No nie jest ładne?
|